Moja "mokra" wyprawa 2007 - Moje wyprawy na rowerze po Polsce, Europie i USA

Moje wyprawy na rowerze
i moje inne pasje
Przejdź do treści

Menu główne:

Moja "mokra" wyprawa 2007

WYPRAWY PL


Przez Bory Tucholskie i pojezierze Kaszubskie nad Bałtyk !


Wstęp - trasę pokonał i opisał:
Krzysztof Chmiel/Lancer


W tym roku chcę pojechać po raz kolejny nad morze do Jastrzębiej Góry ale inną trasą, przez Bory Tucholskie i pojezierze Kaszubskie, nie znam w ogóle tych rejonów. Mam około dwóch tygodni na pokonanie trasy i trzeba parę dni odpocząć nad morzem i do pracy. Będę miał okazję sprawdzić nowy sprzęt, sakwy "autor A-N471", namiot Fjord Nansen "Andy III" (3,8 kg ), materac Fjord Nansen "Trekker" (520 g), peleryna przeciwdeszczowa FjNansen "Traveller Poncho (320 g).

1 lipca 2007 - dzień pierwszy wyprawy


Startuję wcześnie rano, około godz. 4:00 1 lipca i wszystko zapowiada się pięknie, ładna pogoda, Puławy mijam bardzo szybko, przed Kozienicami przypominam sobie jak w 2001 roku złamałem korbę na tej trasie ale teraz nawet się nie zatrzymuję w Kozienicach tylko kieruję się na zaplanowany camping w Warce.
No i pierwszy pech, w Warce nie ma już campingu, i nikt nic nie wie. Nie wypytuję długo tylko jadę dalej, za Grójcem zaczynam rozglądać się za noclegiem. W okolicy mnóstwo sadów i ciężko znaleźć teren na rozbicie namiotu. Dopiero przed Mszczonowem rozbijam namiot w lesie w zacisznym miejscu na dziko. Dzisiaj przejechałem 210 km, ale jechało się świetnie.



biwakowanie na dziko
droga szutrowa


2 lipca 2007

Rano, lekkie śniadanko, kawka i komu w drogę temu czas. Kieruję się trochę bocznymi drogami do Łowicza. Po drodze znajduję
pomnik upamiętniający ciężkie walki podczas I-ej wojny światowej. W Łowiczu trochę się (porozglądałem, zwiedzanie) i znowu pech! Łowicz rozgrzebany i pierwszy raz zdarzyło mi się że nie mogłem znaleźć drogi wyjazdowej, dopiero starszy Pan na (składaczku) wyprowadził mnie z Łowicza. Obieram kierunek na Płock, ale po drodze znajduję camping nad jeziorem Zdworskim i tu dzisiaj zostaję. Rozbijam namiocik, pływanko w jeziorku, kolacyjka i można iść na zasłużony odpoczynek, dzisiaj tylko 126 km.


3 lipiec 2007

Kap, kap, no i ranek nie zapowiada się najlepiej, niebo zaciągnięte, lekka mżawka, trudno. Szybko zwijam się na mokro, szybka kawka a śniadanie będzie w Płocku. Nawet dobrze się jechało, może dlatego że byłem (lżejszy) bez śniadanka. W Płocku jem porządne śniadanie, zwiedzam starówkę, piękne widoki ze wzgórz Tumskich ale nic pięknego dla mnie nie zapowiadają, zaczyna lać. Nie zapowiada się dobrze, ruszam prawą stroną Wisły na przeprawę promową w Nieszawie, lać dopiero przestaje za Włocławkiem i jeszcze przed przeprawą łapię pierwszą gumę na tylnym kole. Dobrze że przestało padać.
Dojeżdżam do przeprawy a prom już odpłynął na jakieś 30 metrów i tu pierwsza miła niespodzianka, prom zawraca, jak znalazłem się już na promie to aż się spytałem czy to po mnie wrócili, okazało się że tak, pięknie podziękowałem. I po tym pięknym incydencie wróciłem szybko do rzeczywistości, następny kapeć przed Ciechocinkiem. Okazało się że boczne płaszcze zaczynają się rozłazić, a kupiłem dwa miesiące temu opony Author (nędza). Następny kapeć za Ciechocinkiem na dopompowaniu przejechałem jeszcze z 10 km i dopiero po zmianie przedniej opony na tył dojechałem do Torunia. Dobrze że znam drogę na camping to nie muszę tracić czasu na poszukiwania, tym bardziej że już wieczorek i docieram przed 20, szybko obiadokolacja, kąpiel (zawsze mają gorącą wodę na tym campingu). Dzisiaj dystans z przygodami około 130 km.



4 lipca 2007

Rano miłe Panie z recepcji poleciły mi dobry sklep rowerowy gdzie kupiłem opony, jakieś (znaczek Camel) po 20 zł. a Authory do kosza. Wracając ze sklepu oczywiście zaczyna siąpić mżawka mimo to jadę na stare miasto, spokojnie mogę sobie pozwiedzać bo mało ludzi, mogę poruszać się rowerem nikomu nie przeszkadzając. Dzisiaj w planach tylko Toruń i oczywiście muszę zająć się rowerem. Po południu pogoda trochę się poprawiła mogłem spokojnie zrobić koła i jeszcze raz wybrałem się na zwiedzanie starówki, lubię stare miasta.


5 lipca 2007

Kawka, lekkie śniadanko i w drogę, na dzisiaj plan to dojechać nad jezioro Charzykowskie. Przy wyjeździe z Torunia podczas zakupów mija mnie turysta-rowerzysta którego po kilkunastu kilometrach doganiam, okazuje się że jedziemy na razie w tym samym kierunku, bardzo miły młody chłopak z Krakowskiego. Droga do Chełmna zleciała nie wiadomo kiedy na pogawędce. Chełmnie zatrzymujemy się tylko na chwilę, szacunek dla mieszkańców a szczególnie dla mieszkanek że żyją na co dzień z tymi podjazdami.
Po drodze zwiedzamy tylko na zewnątrz bo żywej duszy nie widać, nawet na campingu który rzekomo tu jest obok zamku.
Ruszamy w kierunku Tucholi trasą 240 ale z tej strony Wisły zaczyna coraz bardziej dmuchać i natężył się ruch. Strasznie ciężko się jedzie, dmucha coraz bardziej postanawiamy odbić bardziej w prawo, skręcamy na Drzycim, od razu lżej się jedzie. Pogoda zaczyna się psuć, z mapy wynika że w pobliżu miejscowości Tleń jest camping nad jeziorem Żur.
Ja na dzisiaj mam dosyć i postanawiam skorzystać z campingu i rozstaję się z sympatycznym kompanem podróży, on jedzie dalej bo musi dojechać do Darłowa na imprezę. Camping to może za dużo ale bardzo przyjemne miejsce nad jeziorkiem. Tylko cztery namioty, dwie rodzinki z dzieciakami od razu wzbudziłem zainteresowanie 14-to latków, podczas rozbijania namiotu musiałem odpowiadać na wiele pytań, skąd, dokąd jak długo jeżdżę itd. itp. Jak młodzi chłopcy zobaczyli że ja się kąpie w jeziorze no to oni zaczęli popisy przed dziewczynami a woda była dosyć zimna, jednemu chudzielcowi to można było współczuć, ale chłopak był ambitny. Zdążyłem sobie tylko popływać i pogoda się popsuła. Dzisiaj przejechałem tylko 86 km.

w Chełmnie
jezioro Zur


6 lipca 2007

Pobudka nie najlepsza, deszczyk pada sobie równo, i za oknem (z moskitiery) nie ciekawie to wygląda. Spokojnie śniadanko, kawka i zwijam namiot na mokro (od wewnątrz). Mam Fjord Nansen (Andy III), trochę wprawy a można go stawiać i zwijać podczas deszczu. Opuszczam Tleń w strugach deszczu całe szczęście że szybko zamienia się w mżawkę. Zaczyna znowu porządnie wiać, przez Czersk, Wiele docieram nad jezioro Radolne, w miejscowości Gołuń zatrzymuję się na campingu. Porządnie wiaterek dzisiaj dał mi popalić, jestem zjechany. Późnym wieczorem dociera ojciec z córką na rowerkach, mają przyczepkę ExtraWheel, mam okazję sobie ją obejrzeć i zaciągnąć informacji bo w przyszłym roku planuję zakup tej przyczepki. Dzisiaj tylko 75 km ale jestem bardziej ujechany niż pierwszego dnia (210 km).


7 lipca 2007

Ranek zapowiada się ładnie, postanawiam zatrzymać się jeden dzień, muszę trochę się (ogarnąć), wysuszyć, pranie, (bez prasowania). Przed południem wybieram się na spacer rowerkiem do Muzeum Wsi Kaszubskiej w Wdzydzach.
Na teren muzeum można wjechać rowerem i zwiedzać, wygodniej i szybciej mi to idzie bo muzeum zajmuje nawet spory teren. Na teren naszego Muzeum Wsi Lubelskiej nawet nie wolno wprowadzać rowerów (głupota). Warto było przyjechać. Powrót na obiadek a po obiadku pojeździłem trochę w terenie ścieżkami leśnymi nad jeziorem, sporo ładnych ośrodków wczasowych. Dzisiaj przez cały dzień na luzie tylko 35 km.


8 lipca 2007

Ranek znowu wita mnie lekką mżawką, mimo to zwijam się i ruszam, dzisiaj cel to Gdynia przez Wdzydze, Kościerzynę, Żukowo. Na momencik wyszło słoneczko, chyba tylko po to żeby pokazać uroki Borów Tucholskich. Niestety za chwilę zaczyna padać i to coraz bardziej i robi się chłodno. Muszę się lepiej ubrać, przystanku wskakuję w cieplejsze ciuchy i pelerynę przeciwdeszczową (poncho Fjord Nansen) i jadę dalej mimo nasilającego się deszczu. A że jest Niedziela to i bardzo mały ruch samochodów na tej trasie, mogę jechać spokojniej. Do Kościerzyny dojeżdżam w strugach deszczu. Miałem okazję wreszcie przetestować pelerynę i sakwy (author A-N471). Odcinek 15 km przejechałem w godzinę w porządnych strugach deszczu, dodatkowo od czasu do czasu ochlapywanie samochodami. Sakwy spisały się bardzo dobrze, choć mam je już pół roku to nie miałem okazji sprawdzić ich w tak ekstremalnych warunkach, nawet kropelka nie przedostała się do środka. Peleryna też bardzo dobrze wypadła, po (modernizacji) spokojnie mogłem jechać rowerem, dobrze osłoniła mnie przed deszczem i wiatrem, jedynie byłem tylko przepocony od wysiłku ale to nie to samo co przemoknięty i co najważniejsze nie traciłem ciepła. Kościerzynę przejeżdżam już na "sucho" ścieżką rowerową, zauważyłem że mają eleganckie ścieżki rowerowe z obu stron jezdni, wypadam na E20 i kierunek Żukowo.
Pogoda kiepska tyle że już nie pada, tylko od czasu do czasu bardzo malutka mżawka, naprawdę malutka i niska temperatura się utrzymuje ale jak przycisnę to się nawet przegrzewam, i jak to mówię "nawala mi klimatyzacja". Z rozpędu skręciłem z E20 na obwodnicę Trójmiasta E28, a miałem pojechać na Orłowo tam zawsze zatrzymuję się na campingu (jak jestem w Gdyni). Mimo wszystkich przygód z deszczem i przejechania już ponad 80 km jedzie mi się dzisiaj bardzo dobrze, postanawiam jechać od razu do Jastrzębiej Góry. Chyba powiew morskiego powietrza mnie zdopingował, nie potrzebowałem żadnego "Red Bul doda Ci skrzydeł".
W Rumi zaliczam dwa banany a w Redzie premię górską ( w Tur de Pologne chyba II kategorii), do Pucka dojeżdżam bez przygód no i wpadam z deszczu pod, wiaterek. Od zatoki tak dmucha że muszę się pochylić na bok do wiatru żeby mu się przeciwstawić, prędkość moja spada do 10 km/h w porywach.
Całe szczęście że od zatoki wieje w miarę ciepłym wiatrem, muszę tylko uważać aby mnie nie zwiało ze ścieżki rowerowej na drogę i dobrze że wieje od zatoki a nie do zatoki. Do Jastrzębiej Góry docieram późnym popołudniem i jadę od razu na "swój stały camping". Dzisiaj i w deszcz i wiatr pokonałem 139 km i dojechałem dalej niż planowałem.

9 lipca 2007

Pierwszy poranek w Jastrzębiej Górze wita mnie przyzwoitą pogodą tylko trochę wieje, okazuje się że rozbiłem namiot między rodzinkami z małymi dziećmi, całkiem sympatyczni. Z prawej tatuś (około 35) przyjechał polatać sobie na paralotni ale mówił że za mocno dmucha i nie zdąży polatać a wyjeżdżają za dwa dni. Z lewej młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, przy okazji wymieniliśmy opinie na temat namiotów bo przymierzali się do kupna namiotu Fjord Nansen. Pogoda nie zachęca mnie do kąpieli w morzu, chociaż w pobliżu Karwi widziałem kąpiącą się panienkę, ta popływała i wyszła jakby na dworze było przynajmniej z 25 stopni, piękna gorąc
a krew. Ja w tym roku to tylko nóżki zamoczę i pooglądam zachody słoneczka. Dzisiaj tylko około 20 km po okolicy, pełny luz.


10 lipca 2007

Nic specjalnego, pogoda utrzymuje się, do plażowania i kąpieli nie zachęca. Zwiedzam na rowerku trochę okolice, jadę do Władysławowa na zakupy do marketów. Po południu robię porządki w moim dobytku, chyba jutro ruszę  dalej, nie zapowiadają zmiany pogody, nici z kąpieli morskich w najbliższych dniach, nic tu po mnie.



11 lipca 2007

Ranek nie zachęcający, porządne śniadanko, jak zwykle kawka i zwijam dobytek, żegnam rodzinkę z lewej strony, z prawej wyjechali wczoraj (na latanie za mocno wiało) i w drogę. Dzisiaj kierunek Karwia, Maszewko, Lębork, Bytów, i mam nadzieję że tym razem zajadę nad jezioro Charzykowskie. W Lęborku zatrzymuję się tylko na krótkie zwiedzanie bo nie byłem przygotowany (w tym roku nie było w planach).
Między Lęborkiem a Bytowem przejeżdżam przez miejscowość Sulęczyno gdzie stoi kamień upamiętniający spływy kajakowe rzeką Słupią w latach 60-tych ks. ABP Karola Wojtyły późniejszy papież Jana Pawła II.
Bytów praktycznie przejeżdżam bez zatrzymania, mknę strasznie pokręconymi w pionie i poziomie drogami i mijam urokliwe krajobrazy. Jedzie mi się bardzo dobrze tak że późnym popołudniem docieram nad jezioro Karsińskie połączone z Charzykowskim, można powiedzieć że cel osiągnąłem. Zatrzymuję się na małym polu namiotowym tuż nad jeziorem, jest wszystko nawet prysznic, właściciel postawił nowy stylowy domek gdzie jest wszystko. Przegadałem z nim ponad godzinę, przyjemny gość, przy okazji poopowiadał mi o okolicy. Od niego się dowidziałem że kościółek drewniany w muzeum Wsi Kaszubskiej jest z miejscowości Swornegacie, będąc w muzeum nie zwróciłem na to uwagi.
Wieczorem przybija grupa kajakowa, sama młodzież, myślałem że nocka będzie zerwana (przykre doświadczenie ze Spychowa na Mazurach) w trakcie jednej z wypraw na Mazury. Ale okazało się że byli ok !! Wieczorem grali jeszcze w siatkę a w nocy albo oni byli "grzeczni" albo ja byłem ujechany bo spałem że aż miło. Dzisiaj zaliczyłem 189 km.


12 lipca 2007

Kajakarze jeszcze śpią nic dziwnego na dworze lekki kapuśniaczek. Zwijam namiot na mokro po kawce i lekkim śniadanku ruszam, mam zamiar dzisiaj być w Toruniu. W miejscowości chyba Chociński Młyn dopada mnie ulewa, dobrzy że pod ręką mam swoje poncho, trwa około 15 minut. Między jeziorem Długim, Karsińskim i Charzykowskim mijam Małe Swornegacie i częściowo szlakiem zielonym (struga siedmiu jezior) i niebieskim docieram do równie znanego jak Bartek dębu Bartuś. Szlaki dobrze oznakowane i idąc specjalnymi kładkami można podziwiać piękne jeziorka. Szkoda że nie ma ładnej pogody żeby to wszystko podziwiać bo co jakiś czas mży. Ale warto było stracić trochę czasu.
Z miejscowości Charzykowy aż do Chojnic jadę elegancką ścieżką rowerową, spokojnie przejeżdżam Tuchole. Pogada wreszcie się trochę poprawia i zaczynam mieś sprzyjający wiatr, Świecie mijam bokiem i przez prowizoryczny most na Wiśle wjeżdżam na A1 i mknę do Torunia. Na wysokości Chełmży mijam jadącą w kierunku Chełmna samotną młodą turystkę-rowerzystkę. Ja mam sprzyjający wiatr a ona jedzie ambitnie pod wiatr i to nie mały w przelocie się tylko pozdrawiamy. W ogóle to w tym roku mało spotykałem sakwiarzy. Docieram do Torunia późnym popołudniem i jeszcze bym zdążył na wieczorny pociąg do Lublina ale zmieniam plany. Postanawiam na spokojnie pojechać na camping wykąpać się i rano wypoczęty pojadę do domu pociągiem. Dzisiaj pokonałem dystans 167 km + jeszcze ze 3 na zakupy w markecie w Toruniu.


13 lipca 2007

Rano spokojne pakowanie, oczywiście kawka i śniadanie. Do pociągu mam z kilometr może mniej tak że bez pośpiechu. Podróż pociągiem normalnie, dla mnie to nuda. W domu jestem po południu.


Podsumowanie

Wliczając różne dodatkowe wypady i nie licząc dnia powrotu do domu przejechałem w 12 dni około 1300 km, może być jak na taką pogodę. Rower nie zawiódł oprócz nieszczęsnych opon "Author". W tym roku zmieniłem sposób jazdy (harmonogram dnia).
- rano na spokojnie kawka i lekkie śniadanie,
- start około godziny 8,
- około 12 lekki posiłek (do południa jadam tylko słodkie pieczywo i mleko) uwielbiam miód, powidła i mleko.
- w czasie jazdy i zwiedzania wyznaczonych miejsc, przegryzka z owoców (jabłka, banany itp.).
- od godziny 17 zaczynam rozglądać się za noclegiem (chyba że mam już ustalony).
- po rozbiciu namiotu przygotowuję sobie spokojnie porządny obiad i spokojnie można sobie odpocząć
- wieczorem lekka kolacja lulu i spać.
Tak jadąc zauważyłem że mogę pokonywać większe dystanse, więcej pozwiedzać a nie odczuwać zmęczenia. W ubiegłych latach wstawałem wcześniej, po śniadaniu i kawie jechałem aż do obiadu, koło południa robiłem obiad i krótką przerwę i ruszałem dalej bardzo rozleniwiony. Obecny sposób bardziej przypadł mi do gustu. No i ta pogoda, na 12 dni aż 7 dni było z opadami w tym 3 razy dopadł mnie porządny deszcz ale zawsze ratowała mnie peleryna przeciwdeszczowa "Traveller Poncho". Ogólnie jestem zadowolony, mogło by być dłużej ale jeszcze w tym sezonie planuję około listopada wypad do Edynburga (Szkocja).
Nowy sprzęt sprawdził się według mojej oceny w 99,5 % :
- sakwy "Autor A-N471" na pewno nie przemakalne, pakowne i dzięki kieszeniom można dobrze się zorganizować. Jedna kieszeń na górnej klapie, druga boczna oraz kieszonka z siatki na tej kieszeni. Na klapie są jeszcze elastyczne sznurki przydatne do troczenia (ja troczyłem butelki z piciem). Mocowanie sakw na stalowe haki do bagażnika i od doły hak na gumowej gumie, nie zawiodło.
- namiot Fjord Nansen "Andy III" (3,8 kg) a dlaczego namiot trzy osobowy, bo lubię wygodę i już raz wybrałem się na dwudniową wyprawę z dwójeczką i więcej nie będę się czołgał, przerobiłem na pokrowiec na rower. Stelaże dobrze oznaczone, w ogóle bardzo szybko się rozbija, mimo że nie przystosowany do rozbijania podczas deszczu ja opanowałem zwijanie i stawianie na mokro. Zawsze używam zwykłej folii "malarskiej" pod podłogę aby zwijać na czysto "sypialnie".
- materac Fjord Nansen "Trekker" (520 g), teraz mam jedno zaworowy (bardzo wygodny zawór), kiedyś miałem wielo zaworowy (tragedia z pompowaniem). Już od lat nie używam karimat. Materac po napompowaniu ma grubość 7 cm, może tylko za krótki (185 cm), a ja ponad 190 ale to mój problem, w wojsku z pod pałatek też wystawały mi nogi. Ale po złożenie mieści się w woreczku (22 x 12 cm).
- peleryna przeciwdeszczowa Fjord Nansen "Traveller Poncho (320 g), nie zawiodła.




Trasa rowerowa 785170 - powered by Bikemap 
strzałka góra
 
Copyright 2015. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego